Takie pytanie ostatnio zadali sobie dziennikarze telewizji ABC. Odpowiedziała na nie m.in. Erica Sandberg, ekspert finansowy, która uważa, że banki naturalnie mogą i zapewne zbierają dane prywatne, jeśli może im sie to przydać do oceny wiarygodności klienta. I nie chodzi wyłącznie o dane udostępniane przez nas samych, ale liczy się np. także to jakich mamy znajomych.
Jakiś czas temu głośna była historia Rogera Thompsona z firmy AVG zajmującej się bezpieczeństwem sieciowym, który ku własnemu zaskoczeniu w czasie standardowego rozpoznawania tożsamości przez telefon usłyszał pytanie o nazwisko panieńskie swojej synowej, którego nigdy nie udostępniał bankowi. Na pytanie skąd mają tę informację, uzyskał odpowiedź, że “to informacja dostępna publicznie”. Jak zapewnia Thompson synowa nie używa nazwiska panieńskiego od lat i jedynym miejscem w Internecie, gdzie je wykorzystała jest Facebook. Thompson wywnioskował z tego faktu, że bank dobrze sprawdził jego powiązania na tym serwisie społecznościowym.
Warto przypomnieć, że istnieją firmy specjalizujące się w zbieraniu i sprzedaży takich “publicznie dostępnych informacji”, np. RapLeaf, który chwali się bazą 387 mln profili. Przedstawiciele tej firmy zapewniali dziennikarzy ABC, że dane przez nich zbierane są wyłącznie w celach marketingowych i że nie służą one do analizy zdolności kredytowej. Nie chcieli jednak powiedzieć tego oficjalnie przed kamerą. Podobnie było w przypadku przedstawicieli banków.
Warto przypomnieć na koniec, że także aplikacje uzyskują dostęp do naszych prywatnych danych, więc trzeba uważać nie tylko kogo przyjmuje się do grona znajomych, ale także jakim aplikacjom umożliwia się dostęp do naszego profilu.